„(...)Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, uniesie z ziemi ku wyżynom nieba, a pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi, aż przed oblicze Boga Najwyższego...” – pieśń ta budzi mnie ze „snu”. Unoszę wzrok przed siebie. Jestem w kościele pełnym ludzi ubranych na czarno. Co ja tu robię? Skąd się tu wziąłem? Nic nie pamiętam. Zaczynam się rozglądać po budynku. To mój kościół. Stoję w środku. Dziwi mnie to bardzo, przecież zawsze stoję z tyłu. Nawet nie siedzę w ławce, jest ona obok mnie, po mojej prawej stronie. Zerkam w owym kierunku.
Przeogromne zdziwienie; widzę płaczącą Patrycję – miłość mojego życia. Patrzę na Nią chwilę, jednak nie mogę patrzyć kiedy Ona płacze. Wtem orientuję się, że kościół przepełniony jest ludźmi, których znam. Moja rodzina, znajomi... Kto umarł? Czy to ktoś z moich znajomych? Nie... Wtem nie przybyło by tyle mojej rodziny. Oznacza to tylko jedno; umarł mój krewny. Kto taki? Czyżby to ktoś z mojego rodzeństwa?!
Zaczynam szukać ich wzrokiem. Są. Czyli to jednak nie oni. Obok nich stoi moja matka. Ona też żyje. Lecz nie dostrzegam ojca. Czy to on?! Może nie, może nie mógł przyjechać, pracuje przecież za granicą. Ale kto inny? Boże, czy to prawda? Czy straciłem rodzica? Za co?! Dlaczego mi Go zabrałeś?! Smutek na mojej twarzy po woli się pojawia. Wydaje mi się, że zaczynam płakać.
Wynoszą trumnę. Za nimi podąża moja rodzina, później znajomi i ja. Boję się podejść do matki i rodzeństwa. Nie zniósłbym patrzenia na ich płacz. Nie chcę także, aby widzieli moje łzy. Idziemy ulicami mojego miasta przykrytymi złotymi liśćmi, wszak to pora jesieni. Ksiądz odmawia różaniec, niektórzy robią to razem z nim. Inni zaś milczą, także ja.
Jestem kilka kroków za Patrycją. Ona wciąż płacze. Nie mogę patrzeć. Dlaczego wylewa tyle łez? Wszak ledwo znała mojego ojca. Być może jest osobą, która zawsze płacze na pogrzebach. Tak, na pewno taka jest. Innego wytłumaczenia nie widzę.
Chcę do Niej podejść, położyć rękę na Jej ramieniu. Dać jej do zrozumienia, że wszystko jest w porządku. Trochę przyśpieszam, jednak Patrycja ginie mi gdzieś w tłumie. Zwalniam i idę swym pierwotnym krokiem. Idę w ciszy myśląc o moim ojcu.
Przechodzimy właśnie przez cmentarną bramę. Ludzie zaczynają się „zgniatać”, gdyż przejścia pomiędzy pomnikami są bardzo wąskie. Pchają się strasznie. O mało na mnie nie wpadają. Zaczynam się lekko denerwować, jednak szybko się opamiętuję. Nie mogę wszczynać awantury na pogrzebie ojca. Ksiądz staje. To najwidoczniej miejsce pochówku mojego ojca. Dochodzi trumna, ksiądz odczytuje znaną już wszystkim, którzy choć raz byli na pogrzebie, formułkę. „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.” – zdaniem tym ksiądz kończy mowę i trumna ląduje w dole. Moja mama zaczyna płakać. Mamo, nie płacz proszę.
Muszę ją pocieszyć, muszę przy niej być. Staram się okrążyć tłum i dojść do mojej mamy. Jeszcze chwila, zaraz będę. Zerkam na pomnik mojego ojca. Zatrzymuję się.
Piotr Stachura
zm., przeżywszy 17 lat, 11 października 2010
Przecież to moje nazwisko. Jak... Nie mówcie mi... Nie, to niemożliwe... To... Ale...
Właśnie w tej chwili przechodzi przeze mnie mój ojciec. Stoję jak wryty. To mój pogrzeb...
Stoję i spoglądam w ziemię. Przez kilka minut spoczywam w całkowitym bezruchu. Unoszę głowę przed siebie, odwracam się w stronę bramy i zmierzam w kierunku Patrycji. Staję obok niej i szepczę jej do ucha „Kocham Cię”, po czym rozpływam się w powietrzu.