czwartek, 16 września 2010

Pewien wakacyjny dzień

Moje ostatnie wakacje były okropne, chociaż pewnego sierpniowego popołudnia przeżyłem cudowną przygodę, jednak nie chodzi mi o przyjemność wynikłą z tego wydarzenia, a o jego niesamowitość, niespotykalność. Takie rzeczy się po prostu nie dzieją, a przynajmniej ja o podobnych sytuacjach nie słyszałem. Ale zacznijmy może od początku...

To był najgorszy tydzień z wszystkich tygodni wakacji. Nie dalej jak 3 dni temu rozstałem się z Klaudią. Czemu? Dlaczego ode mnie odeszła? Co zrobiłem nie tak?
Byłem zrozpaczony. Przestałem dbać o siebie, co zresztą można było zauważyć po zaroście na mojej twarzy. Jedynym "plusem" całego tego zajścia mogę nazwać masę tekstów dla mojej kapeli, które przez ten czas napisałem.
Zauważywszy, iż brak w mym domu moich zapasów chipsów postanowiłem w końcu wyjść na świerze powietrze. Ze słuchawkami w uszach, w skórzanej kurtce i starych trampkach opuściłem dom i udałem się na długi spacer po obrzeżach, znienawidzonego przeze mnie, mojego miasta. I tak godziny mi mijały.
W końcu dotarłem do lasu. Bateria w mp3 właśnie padła, to też zmuszony zostałem do słuchania stukających w drzewa dzięciołów.
Nie spodziewałem się, że spotkam kogokolwiek. Szczerze powiedziawszy miałem nadzieję, że nie zobaczę nikogo z moich znajomych. Jednak nadzieja matką głupich. Oto na leśniej polanie stoi Anka. Dobrze, że to akurat ona. Wśród wszystkich osób to właśnie Anka była tą, z którą w ostateczności mógłbym się widzieć.
- Hey, co tu robisz? - spytała zauważywszy mnie.
- Taki tam spacer... - odpowiedziałem.
- Ale ty zarosłeś! Maszynki Ci ukradli, czy co? - rzekła w konwencji żartu.
Ja nie odpowiedziałem nic.
- Eh, co ty taki pochmurny? Co się stało?
- Klaudia... Ona odeszła ode mnie...
- Dlaczego?
- Nie wiem... - powiedziałem już z łzami w oczach.
- Oj, nie smuć się, proszę... - rzekła Anna przytulając mnie.
Nastała niezręczna cisza, która zapewne trwałaby długo, gdyby nie szelest, który właśnie rozbrzmiał.
- Co to? – zapytała przerażona Anka.
- Nie wiem... Sarna, dzik, albo... – nie byłem w stanie dokończyć, gdyż moim oczom ukazała się paskudna istota o czerwonej twarzy naszytej na czaszkę. Oczy stwora świeciły zgniłą zielenią. Ciało owej istoty było czarne, a mierzyła ona ok. 2 metrów.
- Czemu ucichłeś? – spytała Anka, po czym odwróciła się i sama ujrzała potwora.
Krzyknęła ze strachu. Bestia wskazała ją palcem, oblizała się i zaczęła iść w kierunku dziewczyny.
Wtem odezwał się we mnie dziwny instynkt, który nakazał mi chwycić kij i uderzyć nim bestię. Tak też zrobiłem. Drewno złamało się pod wpływem zderzenia z pyskiem potwora. Stwór jednak nie zwrócił na mnie uwagi. Odepchnął mnie lekko i nadal szedł w stronę Anki. Rzuciłem mu w głowę pozostałością kija, lecz ten w ogóle nie zareagował. W dalszym ciągu zbliżał się do dziewczyny, która nie była w stanie się ruszyć z przerażenia.
Zacząłem biec w stronę poczwary z ręką gotową do uderzenia. Wziąłem zamach i... bestia chwyciła mój nadgarstek. Ścisnęła dość mocno, uśmiechnęła się i cisnęła mną w wielki dąb, po czym ponownie ruszyła w stronę Anki. Nie mogąc dać za wygraną podniosłem się z ogromnym bólem kości i zacząłem iść, jak najszybciej tylko mogłem, w kierunku piekielnej postaci.
Niestety potwór był szybszy ode mnie. Chwycił Ankę, uniósł ją do góry, po czym oboje zniknęli.
Dotarłem na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała moja koleżanka. Padłem na kolana. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Wzniosłem twarz w stronę nieba i krzyknąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz