Piątek, ostatnia godzina w szkole dobiega końca. Już tylko kilka minut dzieli mnie od upragnionego weekend'u. Wpatruję się w tarczę zegara mając nadzieję, iż mój wzrok przyśpieszy wskazówki. Czekam. Po cichu wywołuję dzwonek mówiąc "dzwoń! dzwoń!". Ostatnia minuta, ostatnie sekundy. Jeszcze chwila, jeszcze kilka ruchów najcińszej wskazówki. 3, 2, 1; dzwonek. Pakuję się jak najszybciej tylko potrafię i wybiegam z klasy. Biegnę w kierunku szatni ciesząc się, że już za chwilę spotakm się z ojcem.
Moi rodzice żyją w separacji. Od poniedziałku do piątku mieszkam z matką, a wekkendy spędzam u ojca.
Ojciec często się przeprowadza, więc co jakiś miesiąc odwiedzam nowe miejscowości.
Jestem już przebrany, opuszczam budynek szkoły i rozglądam się za samochodem ojca. Mam! Stoi jego ukochany czarny JEEP! Podbiegam do niego, otwieram drzwi, wrzucam plecak, wsiadam i witam się z ojcem zamykając za sobą drzwi. Odbywamy wspólnie krótką rozmowę po czym odpalamy nasze ulubione radio i wyjeżdżamy ze szkolengo parkingu.
Ojciec w środę znów się przeprowadził więc dziś znów odwiedzę zupełnie nieznane mi miejsce. Dojeżdżamy do małej wsi otoczonej lasem. Kiedyś starałem się zapamiętać nazwę każdej miejscowości, w której mieszkał ojciec, lecz po poznaniu kilkunastu nazw przestałem próbować, bo w sumie nie widziałem w tym żadnego sensu.
"Jesteśmy na miejscu" - mówi ojciec, po czym przejeżdżamy przez bramę na jego podwórko.
Wiejskie podwórko zwykle kojaży się ludziom z miejscem, na którym stoi stara stodoła, a po nim biegają kurczaki, gęsi i innnego rodzaju drób. U mojego ojca jest inaczej. Nie ma stodoły, żadnego ptactwa. Zupełnie tak, jakby na przdemiściu, bardzo "czystym przedmieściu". Śliczna zielona trawa, duży dom.
Wjeżdżamy do garażu. Silnik gaśnie. Wysiadamy. Ojciec zamyka samochód, po czym mówi do mnie, że chce mi coś pokazać.
Widzę błysk w jego oku. Już wiem, że na to, co mam zobaczyć, wydał masę pieniędzy.
Prowadzi mnie do czegoś w rodzaju komórki. Wkłada klucz do zamka i przekręca kluczyk. Widać w nim ekscytację.
Słychać trzask zamka. Ojciec otwiera drzwi. Włącza światło. Po środku stoi błyszczący rower koloru srebrnego. Widać nowość owego pojazdu. Już wiem, że ojciec wydał na niego kupę szmalu. Spoglądam na niego i widzę jaki jest dumny z zakupu. "To synu, jest moja chluba..." - rzekł do mnie ojciec z uśmiechą na twarzy i powagą w wypowiedzi.
Zbliża się wieczór. Wchodzimy do domu. Moj żołądek domaga się do jedzenia. "Co będzie na kolację?" - pytam ojca. Ojciec na to pytanie odpowiada, że zamówi jakąś porządną pizzę. Ah, jak ja kocham smak dobrej pizzy. W oczekiwaniu na nasze zamówienie gram na laptopie ojca. Po 30 minutach słyszę dzwonek do drzwi. Schodzę na dół. Wiedziełm, pizza "przyszła"! Zjadamy ją z ojcem popijając schłodzoną colą.
Po zapełnieniu naszych żołądków oglądamy wspólnie jakiś film akcji.
Nadchodzi północ. Po wspólnym seansie udaję się do łazienki, gdzie biorę szybki prysznic. Potem szczortkuję zęby, zakładam spodnie od pidżamy i t-shirt. Wychodzę. Ojciec zaprowadza mnie do "mojego" pokoju. Kładę się spać i usypiam dość szybko.
Sobota, poranek. Słońce świeci w moją twarz, powodując, iż mój sen zostaje przerwany. Wstaję z łóżka, schodzę na dół do kuchni. Zauważam karteczkę przyklejoną do lodówki. Podchodzę, zrywam i czytam.
Wybacz synu, musiałem wyjechać na ważne spotkanie.
Zrób sobie śniadanie. Zostawiłem Ci w moim pokoju drobne, jakbyś zgłodniał to zamów sobie coś.
Do zobaczenia.
Miażdżę kartkę i rzucam do kosza z węglem. Przeszukuję szafki. Znajduję w nich trochę płatków. Już wiem, co będzie na śniadanie. Sięgam do lodówki po mleko, lekko podgrzewam i przygotowuję sobie poranny posiłek. Po zjedzeniu tego jakże "wykwintnego dania" odkładam naczynia do slewu, chowam płatki i mleko i udaję się do łazienki na poranną toaletę. Później do 15.00 przesiaduję przed komputerem na zmianę grając w gry i surfując po interecie.
Mija 15, ojca nie ma nadal. Zgłodniałem więc zamawiam sobie dużego kebaba. Mija kolejna godzina. Kebab zjedzony już dawno. Siedzę i przeglądam strony internetowe, gdyż nudzę się jak nigdy. Nie mogę wyjść, bo nie mam klucza, a ojca jak nie było, tak nie ma.
Nadchodzi wieczór, godzina ok 19. Słyszę warkot silnika. Tak, to ojcowski JEEP! Wyłączam komputer i zbiegam na dół. Spoglądam na drzwi. Do domu wchodzi jakiś nieznajomy, elegancki mężczyzna. Tuż za nim, rozmawiając wchodzi mój ojciec. Dostrzega mnie. "Posłuchaj, mam ważne sprawy do obgadania z tym panem. Weź pojeździj sobie na rowerze, tylko proszę Cię, dbaj o niego." Chwilę później ojciec rzuca mi klucze. W sumie lepszego do roboty nic nie mam, więc zakładam buty i wychodzę. Wyciągam rower, wsiadam i jadę. Jazda na nim to czysta przyjemność. Jeździłem na wielu rowerach w swoim życiu, ale żaden z nich nie sprawiał mi tyle frajdy.
Po godzinie jazdy zajeżdżam do sklepu. Zaschło mi w gardle, więc kupuję mrożoną herbatę. Ah... Tego mi było trzeba! Wychodzę ze sklepu i szlag mnie chce trafić. Roweru nie ma! Stał tu jeszcze minutę temu, a teraz po prostu zniknął! Ojciec mnie zabije! Muszę go znaleźć. Muszę, chociaż miałbym szukać go do ostatnich chwil mojego życia!
Zaczynam biegać po wszystkich budynkach w całej wsi. Pytam przypadkowo napotkanych ludzi, czy nie widzieli roweru mojego ojca. Jak na złość nikt niczego nie widział! Zaczyna mną władać wściekłość i smutek. Jestem coraz bardziej zrozpaczony i z minuty na minutę tracę nadzieję na odnalezienie srebrnego skarbu mojego ojca. Nie! Nie mogę się poddać! Ja po prostu muszę go znaleść!
Szukam dalej przebiegam obok starego, opuszczonego, dość dużego domu. Wbiegam do środka. Zaczynam biegać po pokojach. Nagle napataczam się na pewną dziewczynę. Stoi w drzwiach, które właśnie przed chwilą otworzyłem. Przestraszyłem się, lecz mimo to nie uciekłem. Stałem. Coś po prostu kazało mi stanąć i czekać, aż ona się odezwie. Przyglądam się jej. Nie wiem dlaczego, ale strasznie szybko zaczęła mi się podobać. Chwilę później dziewczyna odzywa się. Tłumaczy mi, że przepowiedziano jej, iż to właśnie dzisiaj, o tej porze, w tym pomieszczeniu spotka chłopca, z którym będzie szczęśliwa. Usiedliśmy na podłodze. Zaczęliśmy rozmawiać, a rozmawiało się nam wspaniale. Nawet nie zauważyłem, że minęła godzina. Wtem przypomniałem sobie o skradzionym rowerze. Przepraszam dziewczynę i obiecuję, że wrócę jeśli tylko będę mógł. Ona zgadza się na to i powiada, że będzie tu siedzieć codziennie w godzinach od 17 do 20, żebym nigdzie nie musiał jej szukać. Żegnam się z nią i wybiegam. Szukam dalej roweru.
Mija kolejna godzina. Niestety, nie znalazłem roweru. Jest naprawdę ciemno. Wracam smutny do domu. Ojciec będzie wściekły... Siedzi przy stole. Uśmiecha się. "Ładnie to tak rower gubić?" - pyta mnie.
Chciałbym teraz ujrzeć zdziwienie na mojej twarzy. Okazuje się, że jeden ze znajomych ojca, widząc rower pod sklepem pomyślał, że go ukradli, więc przyprowadził go ojcu.
Kamień z serca... Jest już późno, więc kładę się spać. Przynajmniej chcę. Wchodzę po schodach, kiedy ojciec woła mnie do siebie. Idę. Mówi, że musi dzisiaj wyjechać i wróci dopiero za kilka dni, więc dlatego dzisiaj wracam do domu. Prosi mnie, żebym zabrał plecak i odjeżdżamy. Jadę z myślą, że wrócę tu już za tydzień i ponownie spotkam nieznajomą.
Mija tydzień. Stoję na parkingu czekając na ojca. Podjeżdża! Wsiadam, witam się z nim i już nie mogę się doczekać, kiedy dojedziemy na tę wieś, gdzie czeka na mnie ta dziewczyna. Wtem ojciec mówi coś, co rujnuje mój świat. Otóż, jak się okazuje, przeprowadził się wczoraj do wielkiego miasta. Pytam go, czy chociaż pamięta nazwę tamtej wsi. Niestety... Wszystko stracone. Nie mam już kontaktu z ową dziewczyną. Nie wiem nawet jak ma na imię...
Już nigdy się nie spotkaliśmy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz